U – rodziny
2618
post-template-default,single,single-post,postid-2618,single-format-standard,qode-social-login-1.1.3,stockholm-core-1.2.1,select-child-theme-ver-1.1,select-theme-ver-5.2.1,ajax_fade,page_not_loaded,wpb-js-composer js-comp-ver-6.1,vc_responsive

U – rodziny

Urodziny. U – rodziny. A jednak rodzina daleko, przyjaciele na telefonie, a Maciek w pracy.
Aga będzie świętować sama – bo jest na tyle duża, że da radę, a co! (Wiedząc jak się skończył ten dzień pohamowałabym swój wcześniejszy entuzjazm, ale ostatecznie to prawda – dałam radę). 

Rano obsłużyłam dziobaczy – którzy z okazji urodzin zaserwowali mi, aż cztery kolorowe jajiczka! Tu przerwa na jajową ciekawostkę: Śmietanka znosi jajka błękitne, które po zamoczeniu w wodzie robią się ciemnozielone! Rudy robi klasyczne brązowe, ale ma na głowie czapkę z piór niczym Trump. Lincoln znosi słodziunie błękitne, mini jajeczka, bo ona jest w ogóle najsłodszą kurką, a Gdakota, jako największa mamka (pod którą na żerdce wciska się co noc Rudy), znosi spore, wojskowo-zielone jajochy. Dostałam zatem po każdym kolorku w prezencie. 

Ja za to zrobiłam im pyszną wyżerkę, bo jak wiecie, zwykłam okazywać swoją miłość przez karmienie innych (dlatego, żeby nie ranić mojego kulinarnego serca, proszę jeść i pozwalać mi piec, nie odmawiać). Dostały pokrojony w kosteczkę żółty ser, na punkcie którego mają bzika jak myszy w bajkach, do tego świeża bazylia (kupiona pierwotnie dla Fida, ale jakoś to przełknął i się podzielił, płatki chilli (które, pieczołowicie sprowadzam z Polski, upchane w bagażu podręcznym – głównie dla nas ludzi i trochę czosnku dla zdrowotności – jak mawiała babcia Maćka, konspiracyjnie nalewając mu wiśniówki przy zasłyszanej chrypce.

 

Potem przyszła pora na mizienie Fideusza, milion buziaczków w nochal i porcja ziółek, warzywek i gratisowego bananka, po którym jego dupcia skacze, jak paniom w klubie Go-Go.

Przyszedł czas na nakarmienie siebie, to jak prawdziwy bogacz zjadłam awokado z resztką Fidowej bazyli, na tureckich bułaskach, które upiekłam dzień wcześniej. Do tego najlepsza torebka herbaty z mojej kolekcji, która powoli wymyka się pod natłokiem konkurencji z szafki. Nie podlałam herbaty żadnym prądem – bo mam lepsze plany na pośniadanie.

Do śniadania, co podobno jest niezdrowe, jak wszystko w tych czasach, poczytałam sobie Murakamiego i zobaczyłam, że Fido zaginol (czyli zniknol). Okazało się, że jak co rano włączył tryb eksplorera i pokicał do pustego pokoju gratów, otworzył szafkę, wskoczył do niej i tam go znalazłam. 

Zaplotłam warkoczyk, naładowałam telefon i wyruszyłam na urodzinową wycieczkę solo. Z okna i werandy (bo mamy werandę) widać śmieszną górę stanowczo pochyloną nad wioską i jej problemami. Myśle sobie tam się wdrapię. Picie w plecak i jak pisał Stachura – komu w drogę, temu teraz. Jeszcze tylko dźwięczne – kooooo, od kurczaków na drogę i drepczę. 

Pierwszy przystanek już po 200 metrach, to dom koleżanki. Marion właśnie przygotowywała szakszukę dla swojego greckiego boga, na śniadanie, a ja tylko wypytałam ją szybko o szczegóły wycieczki, jako że zalicza się ona do lokalesów (nawet jeśli wybiera jajecznicę z pomidorami zamiast pajdy suchego chleba z serem brunost na śniadanie). 

Pierwszy przystanek już po 200 metrach, to dom koleżanki. Marion właśnie przygotowywała szakszukę dla swojego greckiego boga na śniadanie, a ja tylko wypytałam ją szybko o szczegóły wycieczki, jako że zalicza się ona do lokalesów (nawet jeśli wybiera jajecznicę z pomidorami zamiast pajdy suchego chleba z serem brunost na śniadanie). 

Następnie, po kilometrze zapukałam do kolejnych drzwi, świeżo przeprowadzonej z Belgii, bardzo sympatycznej pary, również spontanicznie zastanej w piżamach. Mimo tego wszyscy bardzo uprzejmie zapraszali na śniadanie, które już jadłam, a czas na drepty wciąż uciekał. Zostawiłam im obiecane wcześniej kołki do mebli, zapytałam o wejście na szlak i czmychnęłam. 

Błoto szybko zamieniło się w śnieg, a na nim wyraźne ślady jelenia, który ewidentnie znał trasę lepiej niż ja. Kilka razy łapałam się na tym, że przecież muszę patrzeć na szlak, a nie preferencje saren, jednak zawsze to one miały rację. Z czasem do tropów dołączył ryś! Ma przeogromne skoki, znaczy pampuchy (łapy) z paurkami odciśnietymi w śniegu i wyraźnie tropił wspomnianego jelenia. Szłam sobie zatem w towarzystwie niewidzialnych zwierząt, wsłuchując się w pikanie sikorek. 

Na pierwszym rozstaju dróg zostałam pokierowana przez Marion, aby nie trzymać się standardowego szlaku, bo wyląduję w rzece i wspinaczce po stromym zboczu bez znaków. Ominęłam co trzeba, znalazłam mostek i nadal miałam sucho w butach. Nie na długo, bo już po 1,5 godziny brodzenia w mokrym, roztapiającym się śniegu i przekraczaniu roztopowych strumyków, zaczęłam czuć pod stopami, izolowane skarpetkami jezioro.

Od teraz wspinałam się dalej pluskając, aż zadzwoniła Sabinka z kupą urodzinowej miłości. Ponieważ ostatnio wykąpałam mój telefon, głośnik niedomaga, więc podłączyłam bezprzewodowe słuchawki, żebym jak przystało na kapturka, mogła Cię babciu lepiej słyszeć.

I tak też się stało, do czasu dwóch wywrotek na śniegu, skrupulatnie maskowanych uśmiechem i radością przez telefon. Nagle zasięg stawał się gorszy z każdym krokiem, a babcia uciekała mi jak kalorie z dniówki przy obiedzie. Całe szczęście, że moje zmęczone szare komórki połączyły siły i biegiem wróciłam do miejsca upadku, gdzie znalazłam, wbity w śnieg telefon jabłko. – Uf! A mówią, że to słuchawki się gubią, ja się nie rozdrabniam i od razu bach z telefonem się rozstawać. Tym razem, nie powiem, że pierwszym, telefon wróci ze mną do domu.

Jeszcze trzy wywrotki, bo ścieżka jest pełna dużych kamieni, małych głazów, no także głazików, pokrytych śniegiem, i razem z jeloniem zawitaliśmy na sætre, czyli farmę górską na której stało kilka sel – drewnianych, starych domków, na których dachach rośnie trawa, a czasem małe drzewka, głównie choinki i brzozy, kiedyś zamieszkiwanych przez pasterzy pilnujących latem owiec.

Od maja, na każdej z takich farm jest gdzieś widoczna, metalowa skrzynka z nazwą miejsca i ukrytym w niej zeszytem. Każdy wędrowczyk może się do takiej książki wycieczkowej wpisać, dla jednych to pamiątka, dla innych życiowy cel zdobycia jak największej liczby wpisów w Turbuk (książce wędrówkowiczów) lub odhaczeniu ich w norweskiej apce Stikk Ut dającej punkty za wspinanie się na szczyty. Jak wiadomo, ja dla punktów żyję, toteż byłam lekko zasmucona, że książki na zimę są zabierane. Inicjatywa Turbuk’ów (z tą odmianą to już zaszalałam) jest świetna, bawi, ale też, jak wszystko w tych czasach, zbiera dane. Po sezonie widać czy dany szlak jest uczęszczany i warto w niego inwestować, czy zapomniany i dobrze byłoby jego trasę gdzieś pod promować. Za czasów dziecięcych miałam górską odznakę PTTK, na którą zbierałam pieczątki ze schronisk, wbijane do specjalnej książeczki – było to super motywacją i zabawą, a sama odznaka gdzieś przepadła – może już czas ją odnaleźć?

Wracając na szlak, rano przy krojeniu wspomnianej tureckiej bułki, okupiłam ją krwią (wiadomo tureckie wypieki to lubią) i podczas tej całej chadzanki spadł mi plaster, a krew zabrudziła czysty, biały śnieżek, w mojej głowie wabiąc już do mnie na górę setki rekinów z fiordu. Zrobiłam więc postój, wlazłam do jednej z chatek żeby schować się przed wiatrem, znalazłam plaster, jednocześnie odkrywając w kieszeni plecaka stary zapomniany, przeterminowany baton. Innymi słowy idealny na tą okazję. Zjadłam pobielałą czekoladę z czymś co przypominało dmuchany ryż i zaklejona ruszyłam dalej chluptać butami w śniegu, a rekiny za mną.

Na trasie były jeszcze dwie sætry, na obie zawitał prowadzący mnie jeleń. Zawitał kilka godzin wcześniej, nie wyobrażajcie sobie, że bym tak spokojnie pisała o spotkaniu z jeleniem w górach! Od razu byłoby selfie i wspólne gryzienie starego batona oraz uciekanie przez szczękami 4.

Po 3 godzinach ukazała mi się znajoma farma „sąsiadów” więc stresik naglony coraz późniejszą godziną zniknął, pozwoliłam sobie nawet na odpalenie muzyki (wcześnej wyłączonej przez wgląd na oszczędność baterii) i w śnieżnych podskokach pognałam, już znaną mi drogą, w dół. Ponieważ lodowe jezioro już znacznie zmroziło mi stopy i martwiłam się, że lada moment mi odpadną, ostatnie 7 długich zakrętów biegłam, na końcu w nagrodę dostając pierwszym dziś promykiem słońca w twarz.

Po powrocie kurki przywitały mnie standardowym – koooo, Fido jego senną obojętnością, a prysznic najdłuższą rozgrzewającą, urodzinową kąpielą. 

Nie ukrywam, że od ostatniej farmy myślałam tylko o chaczapuri imeruli, które mam ochotę zjeść, toteż szybko, zanim Macio wrócił z pracy zakręciłam na nie ciasto.

Dzionek jest urodzinowy, można zatem łamać sople, drzemać z królikiem i jeść tonę sera. 

Wrócił ukochany męczennik z pracy i jak na ideał przystało, poczęstował różami, sześciopakiem ulubionego piwka i 10 paczkami mamby <3 a to wszystko wetknięte w rower, o którym marzyłam odkąd przeprowadziliśmy się w góry.

Bowiem rower ma prund i sam wciąga leniwców pod górkę. Od teraz będę mogła pedałować do sklepu i na wycieczki, bez marudzenia, że ciężko pod górkę. Jednak nie tak od razu bo poprzednia właścicielka, tak bała się prędkości, że zużyła całe hamulce, więc tylko możecie sobie wyobrazić, jak wyglądały pierwsze chwile Agi na upragnionym (nareszcie damskim, nie wrzynającym się w dupala) siodełku. Lecę na mocy elektryka, ubrana w strój (one zip) puszystego misia (bo, pomimo prysznica, było mi zimno po wycieczce), na stopach za duże Crocsy w trybie sport trą o ziemię, żeby wyhamować, a z kieszeni wystają długie paczki mamby. Na mecie czeka ukochany z kwiatami i piwkiem – czy może być piękniej? – Nie wydaje mie się, jak zwykł mawiać Alfons Czesiek (chłopaki nie płaczą).

Objedliśmy się sera jak Włoch w karnawał i zapodaliśmy najbardziej urodzinowy spektakl o jaki mogłam prosić: Vaiana II, z kogutem Hei-Hei, na którego cześć nazwiemy prawdopodobnie nasz przyszły kogut – jak już Maciejka dokończy budowę kurnika. Na razie kurczaki mieszkają w szklarni, ale mało im się to podoba, zwłaszcza jak o przezroczyste ściany rozbijają się lisy i orły próbujące zaatakować nasze stadko, zapakowane niczym kuszący pączek w przezroczyste pudełko. Z początku jeszcze wypuszczałam je na wiosenne dziobanko, ale odkąd jastrząb, nic nie robiący sobie z mojej pobliskiej obecności, zaatakował rudego (mało go nie zabijając) kurki siedzą w szklarni, cierpliwie czekając na nowy domek. Rudy dostał po dupie, dosłownie. Ponieważ apteczka zwierzęca jest u nas sporo większa od ludzkiej, mieliśmy wystarczająco specyfików na zagojenie paskudnej rany. Niestety jeden spray zafarbował dupkę kurki na różowo i tak oto nasza kokoszka świeci kuprem niczym łysy glacą przy pełni księżyca.

W urodzinowych planach mieliśmy jeszcze wyskoczenie do Valldal, zawsze to pretekst żeby się ruszyć na drugą stronę fiordu, a i benzyna już w baku wyschła, jednak byłam tak zmęczona, że jedynie podjechaliśmy na stację zatankować i wróciliśmy do bajki i leżenia na kanapie. Popędzana lekkim stresikiem wyprawy solo, nieznanego szlaku, rozładowującej się komórki i goniących mnie rekinów, miałam tempo niemal wyścigowe, toteż po powrocie czułam każdy mięsień i poruszałam się jak babinka – nie moja rzecz jasna, bo Sabina to biega wszędzie jak maratończyk.

Po napisach końcowych na niebie, za oknem zaświeciła urodzinowa zorza! Nie wiem jak ten mój chłop ją włączył, ale zrobił mi piękny wieczór…

Zostało mi tylko podziwiać tańczące na niebie zielone pasy i lulnąć sobie w wygodnym łóżeczku, machając czuło Maciowi, który właśnie szedł na nockę do komory, na montowanie katalogu, którego deadline przekroczył spędzając ze mną rycersko wieczór. 

Brak komentarzy

Zostaw słówko, bo co ci szkodzi.