Najważniejszy dzień w życiu?
3145
post-template-default,single,single-post,postid-3145,single-format-standard,qode-social-login-1.1.3,stockholm-core-1.2.1,select-child-theme-ver-1.1,select-theme-ver-5.2.1,ajax_fade,page_not_loaded,wpb-js-composer js-comp-ver-6.1,vc_responsive

Najważniejszy dzień w życiu?

Najważniejszy dzień w życiu to raczej szuflada pełna zapisanych na przestrzeni lat kartek o tym tytule, niż pojedyncza data.

Ważny z pewnością był dzień moich narodzin, ale raczej dla mamy i taty niż dla mnie, mającej świadomość kiełkującego ogórka.

Komunia świeta, ważna dla Boga, zapewne rozczarowanego dalszym rozwojem wydarzeń.

Matura – tak ważna dla świata, a zarazem totalnie nieistotna i nie zmieniająca w moim życiu nic, poza bólem brzucha ze stresu rozdartą na pupie maturalną spódnicą w dniu egzaminów.  

Prawo jazdy, ważne w kwestii komunikacji, ale nie najważniejsze, bo kto chce być kierowcą po 18-tce gdy dopiero co zaczyna smakować wino Pisane patykiem?

Poznanie Maciejki – z początku nieświadome, ale z biegiem czasu jedno z ważniejszych wydarzeń na życiowej mapie Agowcy.

Ślub – czy to najważniejszy dzień? Najważniejsze deklaracje padły już 12 lat temu, a wesele to tylko potwierdzenie naszej słodkości i zapowiedź przyszłych, wspólnych najważniejszych dni. 

Nie oszukujmy się, oboje z Maciem nieznosimy ślubów.

Przez dekadę fotografowaliśmy i filmowaliśmy śluby klientów i patrząc na ten dorobek ulewają nam się one uszami do teraz.

Bez nazwisk – ale.

Jadwiga i Darek, zmuszeni do ślubu przez rodzinę, kochajacą (w przeciwienstwie do nich) przaśną zabawę i discopolo. On widząc ją po raz pierwszy w sukni spytał – Dlaczegoten rozporek w sukience masz taki duży? Po czym zamiast całusa uścisnął jej rzeczowo dłoń. Ona jeszcze przed północą, ze łzami w oczach marzyła o pryśnięciu z wesela karocą z dyni, którą z pewnością już pałaszował na zagrychę jego pijany wujek.

Paulina i jej, równie dumny, co ciężki mąż. Oboje biegający z głuchym dźwiękiem po plaży, wśród chmary komarów. Oboje z czerwonymi od pogryzień plecami. Oboje udający, że jest słodko, romantycznie i beztrosko (równocześnie klnąc co chwila pod nosem na krwiopijców). 

Foie gras dla wegetarianki, od 12h biegającej z aparatem ustawionym na cięzkim gimbalu – czyli moja rozpacz i przypadkowy gryz najokropniejszej potrawy z koszmarów człowieka bezmięsnego. Zostało mi się rozpłakać mamrocząc jak bardzo nieznoszę wesel. 

Znany piłkarz i jego żona z hasłem – Nie rób mi zdjęć, jestem niefotogeniczna, a zaraz potem – Gdzie są moje zdjęcia, czemu nie ma mnie na zdjęciach?! 

Kasza z ketchupem na 20 godzinnej zmianie, bo frytki – są zarezerwowane dla dzieci. 

Pękające garnitury podczas walk w śmietanie. Obnażanie biustów w wyścigach księżniczek walczących jak lwice o zwycięskie pół litra.

Orkiestra fałszująca Jolkę, bo kielichy wjechały za wcześnie.

Kredyty na jedną noc pełną fajerwerek i białych gołebi. 

To wszystko nas zniechęciło. Nie chcemy takiej imprezy. Nie chemy ślubu.

10 lat się trzymaliśmy. Jednak były rozmowy, że z technicznego punktu widzenia to przydatny papier. Że wcale nie trzeba jak inni. Że, może? Hę? Nie? A może jednak?

No i stało się!

Niczym błyskawica w slow motion, po 10 latach Maciunia wyciągnął z kieszeni wystrugany własnoręcznie pierścionek, z miedzianym trójkącikiem, zapakowany w śliczne orzechowe pudełeczko i wyznał mi miłośc po raz tysięczny, ale jednak jakby inaczej.

Czemu te laski tak ryczą na tych oświadczynach myślałam zawsze… Nie wiem, ale ryczałam z nimi. Przez zamoczone oczy wydukałam, że oczywiście, że tak, bo to przecież moja połowa, jak nie lepsze i kochańsze trzy czwarte. 

Stało się – oficjalnie. 

Prawie dwa lata później przystąpiliśmy do działania. Ogródek babci Sabci – moje marzenie. Babcia miała tam swoje wesele, toteż sentymenalna Aga też chce! No, bo jak inaczej. 

Co prawda na babci weselu ktoś wleciał do wychodka i trzeba było go przebierać w mniej gówniane ciuchy dziadaka, ale kto wie co nasza impreza przyniesie. 

Podczas tańca-wywijańca z mamą powiedziałam – I co nie znałaś mnie z tej strony? Na co mama odparła – Córuś ty to dopiero się zdziwisz jak moją stronę poznasz.

Dzis już wiemy, że poznaliśmy czyjąś stronę i był to autor anonimoweggo incydentu kałowego (jak powiedział Hubek – brat Maćka), którym zajął się sam Pan młody ze wspomnianym świadkiem, niczym fekalni strażacy, uzbrojeni w ogrodowego węża.

PRZED

Są dziewczyny, które od małego bawią się już w pannę młodą i jej zakres przygotowań do wymarzonego balu. Ja siekałam w tym czasie w Need for speed i starałam się nie puścić pawia w związku z dość prymitywnymi efektami 3D. 

Zatem łatwo sobie wyobrazić, jak bardzo nie księżniczkowo podchodzeszłam do tematu.

Najbardziej to chciałam sama wszystkich nakarmić, bo tak właśnie okazuję miłość do innych – poprzez napełnianie im brzuchów i zwiększanie moimi wypiekami holesterolu w ich ciałach.

 

Mama się nie zgodziła, – bo to za dużo pracy w tak ważnym dniu. Odmroziłam sobie uszy i i tak upiekłam 3 makowce, pięć talerzy faworków, ciasto jagodowe, ciasto pijana wiśnia, 3 bloki czekoladowe w stylu PRL i tort w postaci 60 słoiczków napełnionych tiramisu z przepisu Sary (oryginalnej włoszki, naszej znajomej, a raczej znajomej Fida – bo to jego jednak leczy na codzień). Jej tiramisu skradło mi żołądek podczas wigilii którą organizowałam w Norwegii na 25 osób. Wtedy pierogi ściekały po ścianach, a fejkowy bigos wypełniał każdy kubik powietrza w domu. 

Tort robiłam o 3 rano w dniu (można powiedzieć) wesela. Po kilku piwkach, mieszając masę rękami, do łokci zanurzonymi w mascarpone, bo miksery nie wyrabiały. Chciaż Domcia pożyczyła mi swojego Kitchen Aida (co wg. mnie jest jak tymczasowe oddanie nerki – dziękuję!). O dziwo, udało się! Chodzą pogłoski, że nawet smakowało (bo ręce miałam czyste). 

Pierwsze kroki organizacji, klimatycznej, w naszym sytlu, babciowo ogródkowej imprezy zmiażdżył, niczym bagażnik moje pięcioletnie palce, pomysł rodziców o weselu w restauracji pałacu Wilanów. 

Zgrzyt jeszcze w przedbiegach, łzy niezrozumienia i pytania do samych siebie – po co to nam?, na szczęście zostały rozwiązane uprzejmościami i wycofaniem pałacowych dział. 

Działałam już sama – z silną pomoca, bardzo już ostrożnej i delikatnej w doborze czegokolwiek rodzinki. 

Ślubna oś czasu dzieli się na: początkowo bycie zaciąganym na siłę na ciotki wesele, na którym musisz bawić się w kółeczku z innymi dziećmi, które również wolałyby byc teraz na trzepaku (na weselach trzepaków zwykle brak.) 

Później (tak sobie wyobrażam) wesele koleżanki mamy z pracy, na którym rodzice idą w tango, a wy cichaczem możecie nielegalnie zanużać usta w napitkach szatana.

Dalej to już wesela rówieśników, krórzy pierwsi pchają się przed szereg – pijesz, tańczysz, obgadujesz dawno niewidziane rywalki ze szkolenej ławki z szóstką dzieci na plecach, nie czując ogólnej fali przygotowań organizatorów. 

Przychodzi czas na własne zaślubiny – najleopsze oczywiście, żadne się z nimi nie równają, ale przychodzi też zasmakować pracy i tródu organizacji. 

Każde kolejne wesele to podziw dla pary młodej za wydanie przyjęcia i oferowanie im swojej pomocy, bo przecież czlowiek sam tego nie ogarnie. 

Faceci twierdzą, ze praca na budowie jest ciężka. I pewno tak jest. Ale nie więdzą oni jakim trzeba być siłaczem, matematykiem, asertywnym skurczybykiem i zarówno słodkim zajączkiem, żeby ogarnąć impreze w ogrodzie na 60 osób (gdzie każdy dostanie pyszne jeść, zrobi siku w niezpachanym kiblu i będzie miał gdzie usiąsć, tak żeby mu na głowę nie kapało).

Myśleć trzeba o wszystkim. 

A po czasie myślenie przychodzi coraz gorzej. 

No, ale udało się wymyślić tyle, że był przenajlepszy, pyszkowy katering (z polecenia Guci) „Szeroko Catering” – z wspaniałą Panią Małgosią, która nie dość, że chciała po naszych rozmowach ruszyć na wyprawę do Norwegii, to jeszcze komplementowała mój głos (a jak wszyscy wiecie – tym właśnie się Agowce kupuje od razu). 

Dj Antoni – podpisał z nami pakt o nie puszczaniu disco polo i pomimo mocnych nacisków ze strony Podlasia, nie uległ i dalej z jego głośników leciały nasze ulubione kawałki (jak Teardrops Womac and Womack, Son of a preacher man Dusty Spriengfield, Blues Brothers, Deepest Blue i inne równie współczesne nuty). 

Były też lody – bo lato z lodami smakuje lepiej.

Pilsnery (na co wam to), które zniknęły od razu i Bartek z Olą biegli do żabki i na stację bezncynową wykupoić cały ich dostępny zapas ratując spragnionych – pokłony kochani!

Prosseco Aperol – dla tych dla których lody i lato to za mało.

Wódka – na co nam tyle – zeszło tak mało, że trzeba było po weselu zrobić przemyt do Norwegii z resztą załadunku. 

Deska serów (przywieziona z Podlasia przez Hubcia, z Bieszczadów przez Alę i z Norwegii przez Else i Janka) w kontrze do wiejskiego stołu – który zawsze na weselach mnie obrzydza, śmierdzi wędzonką, a i tak przy nim kończę, bo oferuje ogórki kiszone. 

Małosolne Taty Maćka, Zupa Mamy Beaty, Pasta Taty Kuby, Sękacze Sołtysowej od mamy Macia i milion ciast gości – bo ja uznaję tylko domowe (z całym szacunkiem do kateringu). Osy z resztą też je uznawały i zeżarły cały lukier – odchudzając moje makowce i latając coraz niżej nad ziemią, przeciążone pełnymi słodkości brzuchami.

No i nie widzielibyście tej całej pięknej relacji zdjęciowej gdyby nie moja koleżanka z podwórka – Julka, z którą za dzieciaka, przez okno i balkon miałyśmy puszczony sznurek na listy i inne pyszności. Wspaniała robota Julek, a wiem, że presja mogła być, bo zdjęcia u nas, to jak karmienie kucharza, czy polewanie piwa barmanowi, ale zrobiłaś świetną robotę!

Nie było oczepin, był za to pierwszy taniec.

Ale pomimo, już dawno wybranej przez Maciejkę piosenki Olafura Drawning, tuż przed zapowiedzianym tańcem siedzieliśmy oboje w pokoju babci z telefonem przy uchu szukając lepszej opcji na obecną chwile (a chwila była taka, że nie zdązyliśmy przygotoważ żadnego rytmicznego bujania do wpomnianej nuty, więc trzeba było improwizować). A jak wiadomo, na impowizjację najlepsza jest nasza ukochana Krystyna Pańko z Deszczem w Cisnej.

Improwizacja poszła szalenie do tego stopnia, że chyba każdy widział bladą część mojego ciała (nie opalaną przez wstyd pokazywania zadka publicznie w konserwatywnej Norwegii).

Były łzy wzruszenia, ale przeważał śmiech i radość. Tańce boso – przepraszam Cię moj palcu zmiażdzony przez męża, za bosy pląs. Zimne ognie i spontaniczny występ Celien z piękną piosenką zatutuowaną przez Maćka – Nie wiem jak to się nazywa, ale lubie jak to śpiewa.

I chciaż zawsze myślalam, że na zawsze najlepszą imprezą bedzie bal gimnazjalny, na którym miłość mojego nastoletniego życia poprosiła mnie do tańca, to nasze wesele przebija to o tysiąc razy, o dorosłość, przyjaciól, rodzinki, prawdziwość i Maciejkę.

Żeby nie było tak idealnie to powiem wam, ze sukienka którą zamówiłam przyszła tydzien przed weselem w rozmiarze sto razy Aga, powodując sto razy moje załamanie. 

W przypływie desperacji pojechałam z mamą do Centrum Mody Nadarzyn, szukać zastępstwa. Nadarzyn to taki bazar pod dachem z cenami jak za żurek w Sheratonie. Podzielony na pawilony, w każdym zasiada albo zaradna bizneslambada, albo emerytowana wyjadaczka sprzedaży jeansów, które za dzieciaka przymierzaliście na mokrym kartonie. Każdy pawilon ma ten sam asortyment: długie suknie balowe cięzkie od koronek i falban, bezy bezy jeszcze raz bezy, czy obcisłe cosie przypominające szatę godową cudowronka (jak nie wiecie, który to jegomość, to wystarczy sama nazwa żeby pobudzić nadarzyńską wyobraźnię).

Mama nie ustępowała w bojach, próbując znaleźć cokolwiek przypominającego Agę. –Skromnie i ewentualnie boho poproszę – popiskiwałam. Te dwie wytyczne dyskwalifikowały mnie jako klientkę w tym przybytku. Nagle Och! Świeci się tysiącem rozbłysków ona, cekinowa piękność – mój instynkt sroki się odezwał i piszczę – Mamo! Ta jest fajna! Mama na to, że mam chyba dwubiegunówkę, bo oprócz tego że ona nie jest skromna i boho to razi po oczach, jak dobermanowe jajka rażą jamnika. Wstrzymałam się, chociaż nie na długo i wyszłyśmy z Nadarzyna z pustymi rękami, bo nic się nie nadażyło co możnaby kupić.

Madzia świadkowa, poratowała mnie swoją znajomą krawcową (szyjącą w przeszłości dla Beaty Kozidrak, toteż każdy myślał, że skończę w skórze). Pani teresa, nazywana przez nas Świętą Teresą od Poprawek – uratowała sukienkę i mnie, dzięki czemu nie wystąpiłam w tonie tiulu niczym beza skąpana w bitej śmietanie.

Jednak cekinowa piękność nie dawała mi spać i dzień przed weselem moja nieoficjalna, zaangażowana jak w kampanię prezydenta, druhna Domcia – zawiozła nas do centrum mody, gdzie po trzeciej rundzie znalazłysmy wreszcie sklep, w którym czekała na mnie cekinowa diwa. Stara wyjadaczka biznesu oczywiście zasypała mnie komplementami, dla niej zapewne i krokodyl w szpilkach wyglądałby sexy, dała reklamówkę z napisem Paris (żeby nie było wątpliwości skąd ten krzyk mody przywędrował), nie dała za to paragonu i wypchneła ze sklepu. Mało się z nie posikałyśmy z tej szarej strefy,  zapakowanej w siatę from Paris (bo z Paryża brzmi już zbyt polsko).

Buty też zamówiłam 3 rozmiary za duże – chyba jestem w mojej głowie większa niż na żywo. Mama przybiegła z pomocą i w mig zamówiła siedem – słownie SIEDEM par butów do paczkomatu. Przyniosła je do domu, o dziwo nie wchodząc przez komin. Wszystkie były za duże, ale fason się spodobał i już poszło z górki z kolejną dostawą. 

Obrączek nikt nie chciał nam wystrugać na zaraz, ale znalazł się taki co się zgodził – zapomniał i strugał nawet jeszcze szybciej niż zakładał. A jak się ma tyle ptactwa w domu jak my, to samemu też w końcu wypada się zaobrączkować. 

Klipsy przyszły idealne – z piórkami z amerykańskich ptaszków, w idealnym kolorze – to się na prawdę udało – ale co z tego, skoro zapomniałam ich zabrac na ślub?

 

Maciej – chłop – wlazł w sandałach do pierwszego sklepu z garniturami i wyszedł ubrany od stóp do głów. Proste?

Na koniec Ala doszyła mu nasze kacze i kurze piórka do butonierki – bo Ala to taki chodzący zestaw podręczny (nici, śrubokręt i otwieracz do wina).

Wszystkie namioty weselne na wynajem wyglądały jak z targów prmocji Ordo Iuris. Dlatego Maciek postanowił sam zbudować zadaszenie szerokie na 12 metrów. Tak,  szersze niż dom babci. Sam. No bo dlaczego niby nie? Tydzien Przed weselem przecież to kupa wolnego czasu. 

Zbudował. Przylecieli Norwegowie, Belgowie i Polaki no i pomogli dokończyć budowę, a nawet machnęli parkiet ze stelarzem na disco kulę.

Nic tylko budowaliśmy, dekorowaliśmy i jedliśmy pierogi babci Sabci. Najlepszy before przed weselem! 13 osób biegało do nocy żeby pomóc nam postawić przyszłe wesele na nogi – uwielbiam Was za to!

A co w tym wszystkim Babcia? Babcia ulepiła 300 pierogów! Wyremontowała klatkę schodową i posprzątała dom – trochę za wcześnie, bo przed wyjściem do Pana młodego, robiąc ostatnie siku, w sukni ślubnej, myłam jeszcze wannę i umywalkę pełną psiej sierści. 

Pies też był odświętny! A, że ma FOMO (lęk przed tym, że coś ją ominie) to prawie wyzionęła ducha biegając za nami przez tydzień podczas przygotowań, samego wesela i rozbiórki. W końcu, naweselu, zasnęła pod stołem – wyręczając w tym gości. 

Szaleństwo przygotowań trwało od pół roku, tata siał trawę, malował płot, sadził z mamą co popadnie – a jeż Anaszpan z synem (o nasz jeżu a nasz panie) szybko zjadał co posadzili. 

Tata Maciejki rozkręcał destylarnie, żeby zapewnić wszystkim płyny na odwagę, a małżonka szanownego, zapewniała gościom spanko w hotelu – niestety przez moją pomyłkę, tym dalszym, niż bliższym imprezy, czym doprowadziłam się do łez w przeddzień ślubu – cała ja – dyslektyk hotelarski.

Każdy miał pełne ręce roboty, bez taryfy ulgowej. Jedzenie, katering, napoje gromadzone przez tatę po całej Warszawie. Ser mascarpone wieziony z Makro na paletach (bo Ai trochę się przeliczyło w proporcjach przepisu), lody tajskie, bo mama Beata kocha atrakcje (i słusznie!), wynajem krzeseł spod Mińska Mazowieckiego, leżaków, stołów od Ukrainek, mikrofonu od pana, który tylko czekał, aż go włączymy żeby mógł jeszcze więcej pogadać do Domci trzymającej nas na głośniku podczas zakupów i wiele innych błachostek toczących się niczym kula śniegowa, zgarniając kolejne hałdy weselnego haosu po drodze. 

Mama napadła na bank, tata na Auchan, a Hubek na pole słoneczników. 

I wszystko się udało lepiej niż ktokolwiek mógł sobie wymażyć.

POPRAWINY

Jedyne zadanie jakie nas czekało, to wpuścić ludzi z kateringu (czy jak mówi babcia z marketingu) o 9:00 rano do domu – jednak i w tym polegliśmy. Odbili się od drzwi. Czy była to zemsta za nienakarmienie o czasie Dj Antoniego? Nie – to klasyczna babcia, która nie reaguje na dzwonek do drzwi – którym jest mordercze ujadanie Dżetki. 

My jak prawdziwi celebryci spóżniliśmy się na poprawiny startujące o 12:00, zastając w ogrodzie część wypoczętych Norwegów (widać było, kto zmył się do łózeczka o rozsądnej godzinie).
Poprawiny skończyliśmy po 3 rano i była to dla mnie zdecydowanie najtaneczniejszo imprezowa część wesela – stres odszedł, alkohol przyszedł wiecie jak jest. 

Mama spocona niczym Rocky podczas walki, stała nad 4 patelniami odgrzewając pierogi w akompaniamencie babci – że robi to źle. Pierogi tylko wlatywały na stół i znikały – jakby wsypywała je do trójkąta bermudzkiego, a raczej Grabowskiego. 

Halucynacje od oparów gazu zmieszane z palącym się tłuszczem, spowodowały pomyłkę. Pierogi z serem zostały podane z cebulką, a ruskie ze śmietaną i co? I trójkąt pochłonął je równie szybko. 

Tańczyliśmy śpiewając Norwegom Polskie piosenki, a Polakom Norweskie, graliśmy w bule – takie kulki metalowe co mają trafić w małą piłeczkę, której nie widze bez okularów toteż możecie się domyslić jak dobra jestem w tą grę. Kokorokaliśmy z brodami przyklejonymi do stołu, graliśmy w siatkówkę z Dżetą, leżeliśmy na leżakach i cieszyliśmy się słońcem, które od miesiąca swieciło tylko przez dwa dni: Wesele i Poprawiny – Anaszpan wymodlił, a raczej babcia i Pani Wiesia z mamy pracy dająca w intencji (nas bezbożników) na tacę dobrej pogody – dziękujemy!

PANIEŃSKI / KAWALERSKI (tak wiem, chronologia nie jest mocną stroną tego wpisu).

Starzy jesteśmy jak nic.

Dziewczyny, które wpadły zza płotu na Maćka kawalerski, miały każda ósemkę z przodu (i nie chodzi tu u zęby). 

Z kolei na Panieńskim, obok picia Prosseco zero, było odciąganie mleka i rozmowy o naleśnikach (tak mówie na takie małe szkraby, co jeszcze nie chodzą, tylko leżą jak naleśnik). 

Ale czy to źle? NIE! Było fantastycznie! Madzia zrobiła najpiękniejsze dekoracje, pyszne jedzenie i dostałam najładniejszą kurtkę świata (robioną ze skrawków materiałów przez pewną czarodziejkę z Bieszczadów Rustypaws). 

Maciejkowi Hubek zapewnił równie ogromną wyżerkę, popijawę w doborowym toważystwie i wspaniały domek nad Bugiem. 

Można pić red bulla z wódką w klubie i tańczyć na barze, ale to już za nami (o ile w ogóle). Teraz jesteśmy mądrzejsi, a nasi znajomi, to nie przypadkowe laski z kibla, tylko przyjaciółki od lat, i ich słodkie naleśniczki <3

Wypad na działkę, zapach domku, wysokie sosny, grzybek pod balkonem i wstążki szargane wiatrem, pod którymi siedzą moje ulubione dziewczyny. To jak deser po całym dniu głodówki. 

A, że ani ja, ani Madzia naleśników nie mamy, to i bar był cały dla nas!

WYCIECZKI

Co się robi po swoim weselu? Śpi, wspomina, leczy kaca, ogląda seriale? Nie wiem – w ślubach jestem świeżakiem, ale tak przypuszczam. My za to od rana bach! na zwiedzanie i pokazywanie zagranicznym przyjaciołom Warszawy!
Żeby popatrzeć na ten kraj jak Polacy, czyli z góry, zabraliśmy wszystkich (a było nas w szczytowym momęcie 15 osób) na Varso Tower. Widok z najwyższego budynku w Polsce powiem wam – płaski. Ale co zauważyli wszyscy – zielony. Bo jak wyczytał Belgijski Tom – Parki krajobrazowe zajmują aż 8% powieżchni Polski! Jak na te wszystkie betonowe ryneczki to sporo. Jednak doczytałam, że w Warszawie tereny zielone łącznie zajmują 40%! Brawo my!

Zjechalismy, wraz z naszymi żołądkami (które skakały nam pod brody) na parter wieżowca, mega szybką windą i poszliśmy na obiad. Po nim na pączki na Chmielnej – te z okienka. No ja je kocham, ale zachwytów nie słyszałam za wielu – może się za wczasu przejedli obiadem. 

Następnie klasyczek – spacer przez Nowy Świat na Stare Miasto, z próbą dostania się do kościołów, które uporczywie zamykali na nasz widok. Na końcu Barbakan i zawijka nad Wisłę. Bo gdzie indziej tętni życie w środku lata, jak nie na schodkach Wisły i Barki. Otóż nie. Zimno wygoniło ciepłolubnych mieszczuchów i cały brzeg świecił pustkami – a świecił mocno, bo księżyc był wielki jak moje rozczarowanie młodzieżą nadwiślańską. 

Nazajutrz zostaliśmy już tylko z Belgami: Celien i Tomem – a raczej aż z nimi, bo oprócz ogromu pracy włożonej w przygotowania, nie uciekli i pomogli nam wszystko rozmontować. Po imprezie nie zostało śladu. Może ubytki w naszych szarych komórkach, ale ogródek znów wygląda niewinnie. 

Czas przyszedł również na pożegnanie Toma i Celien – obiecaliśmy przywieźć im Grześki, a raczej Dzieśki Mega i zobaczymy się na dzielni już w Eidsdal. Wieziemy im też poduszkę Pieroguszkę bo kto nie kocha pierogów, ale ciii…

POWRÓT

To co czas leniuchować? HaHAHa a jakże, że nie! Trzeba atakować paczkomat, póki jeszcze czas. Robić zakupy, pakować przyczepe, ukrywać alkohol między kocami, jeść ostatniego chińczyka i fasolkę szparagową i dopijac piwka, które walają się po całym ogrodzie. 

Załadowani, w niedoczasie, ruszyliśmy w trasę. Pierwszy wleciał rogal z serem, zaraz potem ogór małosolny taty, a po czasie Cebularz i rzodkiewka. I własnie ta ostatnia para zrobiła w brzuszku młodego Pana Ostrowskiego największe spustoszenie. Umieralnia. Sralnia. Żygalnia. Nieciekawie. Każda stacja jego. Ale na prom zdążyliśmy! 

W Szwecji zapragnęliśmy wreszcie odwiedzić park łosi – zawsze mijamy go nocą, a to przecież można go podciągnąć pod podróż poślubną. A pod podróż już na pewno. Łosie ukrywały się na zadupiach końca świata. Wreszcie dojechaliśmy, wchodzimy przez sklep z pamiatkami (nie trafiając na Banksego) i… ostatni Łosiociąg<?> odjechał godzinę temu. Spóźnilismy się! Na pocieszenie została nam zagroda z kozami i kurami. Kurczaki zawsze spoko wiadomo. Kupiliśmy magnez z łosiem, bo był puchaty i skradł nasze dziecięce serca i ruszyliśmy dalej. 

Wyładowani ponadprogrampwym alkoholem, pniami pociętej wiśni od babci z ogrodu (zdobycz dla Maćka drewniaka) oraz nowo zakupionym złotokapem (to drzewo, nie mylic z okapem kuchennym) plasowaliśmy się na czele nielegalnej szajki przemystników, takiej co to ją rozpacwywali w odcinku Zapalniczka z pozytywką. 

Klasycznie przy takich manewrach sadzamy niepozorną Agę za kierownicą (co z tego, że półśpiąca jest ta królewna, ważne że słodka). 

Udało się! 

Mamy teraz w domu więcej wina niż w najśmielszych snach Norwegów. Czy na długo – czas pokaże, jak mawia Polski wieszcz disco polo. Ponieważ plan jest taki, żeby poweselić się jeszcze trochę w naszym norweskim domu i pokazać miejscowym jak bawi się Biała – Warszawska. 

Ps. Do całej histori, dołączam napisy końcowe i podziękowania.

Ten wpis to mój zapis dnia jednego z ważniejszych – na pamiątkę – bez innego celu. 

Dlatego chciałam w nim też zawrzeć największe tulasodzięki dla każdej łzy płynącej z wzruszenia, z potu pracy przygotowań i ze śmiechu podczas zabawy. 

Czuliśmy oboje, nawet w tym zabieganiu, że nasza impreza niosła się w góre, ciesząc oczy naszych bliskich, którzy w tym dniu byli z nami tylko a raczej aż, duchem. 

W ulicznej sądzie na pytanie – Co chciałabyś wygrać?

Odparłabym: – To życie które mam, z tymi ludźmi którzy mnie otaczają, w ramionach tego, którego wybrałam na zawsze. 

Wzrusza mnie to, jaką mam piękną rodzinę (a teraz jeszcze i wielką), jakich pomocnych i kochanych przyjaciół, i szczęście, że nadepnęłam w życiu na sznurek, który poprowadził mnie prosto do Maciejki. 

Brak komentarzy

Zostaw słówko, bo co ci szkodzi.